Pierwsze z Sofią spotkanie czyli marzec 2011, cz. 1.

sobota, 29 grudnia 2012


Zmożona chorobą tuż przed Sylwestrem, do którego usilnie staram się wyzdrowieć, postanowiłam wykorzystać wolny czas troszkę bardziej pożytecznie niż zwykle. Wiem, ostatni post był mój, a tutaj znów ja, ktoś by mógł krzyknąć: litości, kobieto!, ale spokojnie, dziś nie będę męczyć ględzeniem, tylko zdjęciami. Właściwie ciężko stwierdzić, co będzie gorsze do przełknięcia.
Pierwsza (i jak dotąd jedyna) moja wizyta w Bułgarii, konkretnie w Sofii, miała miejsce niemal dokładnie dwa lata temu. Jakoś koło połowy lutego w ISZiPie pojawiło się ogłoszenie, że chcą ileś tam osób do Sofii na wymianę, skorzystałam z rady siostry: Zgłoś się, będziesz myśleć i się martwić jak cię przyjmą., złożyłam dokumenty i w niecałe trzy tygodnie zebrałam się na wyjazd, by 3 marca 2011r., zostać odebraną przez koleżankę z roku na lotnisku w Sofii. Niestety zdjęcia mam tylko z czerwca i to nawet nie konkretnie lotnisko, a na Witoszę, ale i tak pokażę.

To taksówka, jak się łatwo domyślić. Wszystkie są żółte i trzeba na nie uważać, w sensie, patrzeć na cennik. Ja się dałam owalić. Dwa razy i nie chcę o tym mówić... ;)


Zaskoczona zostałam bardzo, bo jako człek z północy uległam stereotypowi ciepłego południa (wstyd, zapomniałam chociażby o górach) i przyjechałam w wiosennym płaszczyku. A tam co? Śnieg. Topiący się już, to prawda, ale śnieg. Zjechałam z koleżanką na jej stancję (3 marca Bułgaria ma święto narodowe i przez kilka dni, do czasu dostania akademika zatrzymałam się u niej) i wypadało zrobić pierwszą wyprawę, chociażby krótką, po mieście.

Z tyłu widzimy cerkiew Św. Aleksandra Nevskiego, koleżanka stoi przy Carigradsko Šose (jeśli na zdjęciu będę ja to będzie albo dużo głupsza gęba, albo pokażę swoją, jeśli będzie znośna), od jej mieszkania to było jakieś... 4 kilometry, tzn do Nevskiego. 

Niech będzie i Nevski. Robiłam mu zdjęcia za każdym razem, kiedy miałam aparat, na zdjęciach nigdy nie wychodzi tak fantastycznie, jak wygląda naprawdę. 

Przeżyłam też niemały szok, kiedy przez poniższe skrzyżowanie pełnym galopem przeleciał wóz, a na nim Cyganie. Kwestia przyzwyczajenia, chociaż ten i kolejny raz (centrum miasta, koło uniwersytetu) były co najmniej zaskakujące

Ciąg dalszy wyprawy, powietrze się na chwilę rozrzedziło, chmury uciekły i zobaczyłam po raz pierwszy Witoszę. Swój pobyt spędziłam w studenckim gradzie, czyli właściwie u podnóży góry. Chociaż... Tak szczerze powiedziawszy, to Sofia górami jest otoczona.

No i tradycyjnie psy. W Płowdiwie czy Stambule są koty, w Sofii bezdomne psy. Pełno psów, które, wbrew pozorom nie są zabiedzone. Grube, w podziemnych przejściach niektóre sklepy im kładą jakieś chodniki czy szmaty, na których sypiają. To był marzec, po święcie Baba Marta, więc niektóre miały nawet jako obroże martenice. Ale ale, wyprawa wyprawą, była po coś...

Pączki, proszę państwa. 3 marca 2011 r. to tłusty czwartek był ;) Nie domowe, nie polskie nawet, ale tradycji stało się zadość, jedzone być musiało.


Następne moje dni w Sofii były ładniejsze, zdjęć jest duuużo, dużo, ale może to materiał na kolejny post, wyjeżdżamy dopiero 18 lutego (kupiły my bilety, aaaaa!), a blogerska perła nie powinna być do tej pory rażąco zaniedbywana. Ach, no i myślę, że do tego posta lub po jego przeczytaniu, warto zajrzeć do słownika.
Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim czytającym udanej sylwestrowej zabawy i wszystkiego najlepszego w nowym roku! 

1 comments:

  1. Neifile pisze...:

    Nevski i Witosza! *___* No i ze względu na awersję do psów, za to najczulszy stosunek do kotów, powinnam się wybrać do Stambułu...
    Szamanek, już 18 lutego? Ależ to zleciało!

Prześlij komentarz

 
Bułgaria, naturalnie! © 2011 | Designed by Interline Cruises, in collaboration with Interline Discounts, Travel Tips and Movie Tickets