Kolorowo

piątek, 13 grudnia 2013 2 comments

Znów się odnoszę do Marysi, która już mnie zainspirowała do serii o tym, co może zaskoczyć w Anglii. Tym razem nie będę gadać bez końca. Będą zdjęcia, bo zapragnęłam barwnej notki - szukamy kolorów wszędzie, gdzie się da, więc do dzieła! Ściągara ze mnie, wiem.

Belgrad, ul. Rankeova, Serbia

Belgrad, Serbia

Najlepsza na świecie niebieska Fanta spotkana w Macedonii
i Serbii (tak naprawdę jest biała, ale butelka robi swoje),
o smaku białego bzu i cytryny.

Ochryda, w oddali widać już albańskie góry, Macedonia

Dzwon z Zimbabwe, Sofia, Bułgaria

Dach jednego z domów w Koriwszticy, Bułgaria

Sozopol, Bułgaria

Płowdiw, Bułgaria

Jezioro Panczarewo, Bułgaria

Witosza widziana z Zoo, Sofia, Bułgaria

Wielkie Tyrnowo, Bułgaria

Cromer, Anglia, trzecie morze w moim życiu (uch, tylko ta data...)

Kot musi być. Adolf na Gocławiu, Warszawa, Polska

Gocław też. Warszawa, Polska.

Zamek w Bran, Rumunia.

Łazienki, Warszawa, Polska

Stare Miasto, Warszawa, Polska

Gocław o 5 rano w sierpniu 2012 r., Warszawa, Polska

Wisła, Puławy, Polska

Zebra, ul. Višnjićeva, Belgrad, Serbia

Sofia, Bułgaria, nie mam pojęcia, jaka to ulica.

Da się też zauważyć, że jestem raczej miejskim stworzeniem, chociaż wieś uwielbiam całym sercem. Jakoś tak jednak większość mojego życia i podróży skupia się w miastach.

Językowe rozmyślania autostopowicza

piątek, 6 grudnia 2013 7 comments

Wróciłam w poniedziałek z Serbii, żal było opuszczać, smutek bardzo, ale jak tak wróciłam, to zaczęłam myśleć o językach obcych, stopie i jak to w ogóle działa. Ale od początku. Ja w swoich krajach nie mam problemów - w Bułgarii po bułgarsku, w Serbii po serbsku, zdarzył się tam w międzyczasie jakiś Bośniak więc też po serbsku, ewentualnie przerzucałam się na jekawicę jak się skupiłam, a jak nie to nie, wszyscy się rozumiemy, w Macedonii ja po serbsku, bo ich akcent rozwala mnie na tyle, że nie mogę po bułgarsku, ale jak J. mówiła po bułgarsku, a nasz znajomy ze Skopja po macedońsku, wszyscy się radośnie rozumieliśmy. W poniedziałek powrót z Nowego Sadu bardzo godny, wszelkie rekordy pobite, 500 km w niecałe 8 godzin, 11 stopów, 10 samochodów (tak, dwa razy złapaliśmy tego samego dziadka). Były nas trzy grupy, w każdej ktoś będący w stanie z Serbami rozmawiać. I stąd właśnie się zaczynają moje rozmyślania.
Jak jestem w Bułgarii, każdy pyta skąd znam język bo ładnie i w ogóle super, że mówię, jak mi się podoba w Bułgarii  bla, bla, bla. W Maceodnii mnie pytali, z którego jestem miasta w Serbii, a potem łojejuuuuu, a skąd Polka tak dobrze po serbsku (to nie jest chwalenie się, jakkolwiek by się nie mówiło, oni zawsze są zachwyceni. Chociaż dobra, niech będzie, mój serbski jest spoko.). A jak to jest w Serbii? A to proszę państwa bardzo zależy. Naprawdę, bardzo. Po pierwsze, jak się wsiada do samochodu absolutnie każdy, z kim do tej pory jechałam, z góry zakłada, że znasz jego język. Dwa razy mi się zdarzyło, że ktoś spytał, czy wolę mówić po angielsku - raz w czerwcu nauczyciel anglista, drugi raz teraz, ale to raczej było dla mojego nieserbskojęzycznych towarzyszy, rzucone Welcome to Serbia!, ale jak tamci zakrzyknęli, że rozumieją, to olał to, że nie mówią i rozmawiał ze mną (w to mi graj, tak się nagadałam na tym stopie, że ojej). Czasem pytają, gdzie się nauczyłam albo ile mieszkam w Serbii, że mówię, ale mało kto jest zdziwiony, naprawdę. Może to kwestia tego, że często stają starsi ludzie, z mniejszych miast czy wiosek, ale jak się jedzie w genialnym samochodzie z panem z Belgradu w garniturze, to też mówi, że super, dobrze i otlično, ale nikt nie jest zdumiony - jedziesz tu na stopa, znaj język, koniec. Dla mnie radość, dla koleżanki K. męczarnia, bo ma barierę, ja osobiście uparcie twierdzę, że mówi dobrze, ale ma blokadę, wstydzi się, więc to dla niej męczące i już. W Bułgarii są zaskoczeni, że slawistyka. Cieszą się, to prawda, ale raczej zdumieni. Serbowie - nie mogę sobie przypomnieć, czy miałam taką sytuację, że ktoś był zdumiony. Cieszą, się, pytają, czy się podoba, chwalą, ale z reguły jest: Aaaa, to dlatego tak dobrze mówisz, brawo, brawo. 
I w związku z tym tak się zastanawiam - jak sobie radzą autostopowicze, którzy nie posługują się żadnym językiem słowiańskim? Jak sobie poradzą z dziadeczkiem, który oprócz swojego języka nie dogada się w żadnym? Bo oni są często bardzo rozmowni i chcą rozmawiać. Rozmawiać, a nie mieć publikę do słuchania. Na pewno sobie jakoś radzą, ale bardzo mnie ciekawi, jak to wygląda.
I tak na prawie koniec chciałam złamać stereotyp. Rumunia (poświęcimy jej osobny post, to jasne). Co nam przychodzi do głowy na myśl o Rumunii? Cyganie, złodzieje, piszcząca bieda i tragedia. We mnie ten stereotyp siedział tak głęboko, że przez cały pobyt czy w Bukareszcie, czy Braszowie co chwila sprawdzałam czy mam portfel, a koniec końców okradli mnie w Studentskim gradzie, 10 minut od akademika. Ale ja nie o tym. Wydawałoby się, że w Rumunii będzie ciężko z dogadaniem się, tym bardziej, że z Rumunami w Anglii właściwie było to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Cały Bukareszt mówi po angielsku. Kogokolwiek nie spytasz - starszej pani z kiosku, młodej dziewczyny w metrze czy pana około trzydziestki. Na pytanie do you odpowiadają of course, ewentualnie, kiwają głową, że jako tako, ale wszystko są w stanie wyjaśnić. Na stopie - wszyscy. Inne grupy trafiły chyba za dwa razy na kierowcę, który nie mówił, mnie się nie zdarzyło. W Warszawie nie ma szans, żeby na dziesięć losowo wybranych osób wszystkie mówiły po angielsku. W Serbii w hostelu kiedy koledzy próbowali zagadywać jakieś dziewczyny wprawiło je to w śmiech idiotek, bo nie umiały nic. Wiadomo, to zależy od ludzi, można mieć szczęście i trafić, można go nie mieć. Ale w tym przypadku Rumunia zaskakuje naprawdę pozytywnie. W tym i nie tylko. Na otarcie łez powiem, że w Braszowie nie było aż tak kolorowo, bo mieliśmy jedną sytuację, gdzie dziewczyny w kebabie oznajmiły nam angielskim Kali być Kali mówić a nawet jeszcze gorszym, że nie mogą nam zrobić kebaba, bo nie mają, a chodziło tylko o to, że się chyba bały. Albo były leniwe, o. 
A tak na koniec pochwalę się sobą.

Tutaj śpię w ciężarówce u pana Turka, który był absolutnie szczęśliwy 
z tego powodu (jak się dogadujemy z Turkami? Jak tylko się da :D )

Próbowałam zostać, ale się nie dało, więc płacz, o.

A właśnie! Miał być koniec, ale nie będzie. Wspominałam kiedyś o postach językowych, więc jeśli ktoś byłby zainteresowany, to odeślę tam, gdzie trzeba. Krótkie notki o językach autorstwa znajomych bloggerów publikuje Marysia z genialnego bloga o Bułgarii Szopska Sałata (polecam i pozdrawiam!) na swoim blogu o językach obcych Hał ar ju, Marija? Ostatnio miałam okazję napisać gościnnie notkę o serbskim, starałam się nie rozgadywać i być jak najbardziej konkretna, wyszło jak wyszło, ale zapraszam i tak! A gdyby ktoś chciał przeczytać coś o bułgarskim, polecam wpis samej Marysi.

11 rzeczy, które mogą zaskoczyć w Anglii, cz. 2

środa, 27 listopada 2013 10 comments

Zaskakująco (a może i wcale nie?) post o protestach nie cieszył się popularnością, wracamy więc do tego, co znane i lubiane, czyli posty lekkie i sielankowe. Co może Polaka zaskoczyć w Anglii część druga, zapraszam!

6. Car boots
Dłuższy czas zastanawiałam się, co tak naprawdę moja kuzynka ma na myśli, mówiąc, że można zaoszczędzić naprawdę mnóstwo kasy, ubierając się w lumpeksach i na car bootach. No jasne, lumpeksy są super i wszyscy o tym wiemy, ale co miała na myśli wspominając o... no właśnie. Bagażnikach? Dowiedziałam się dość szybko, pojechałyśmy na maaaaały car boot koło Ely, ale wystarczyło, żeby zdobyć moje serce na zawsze. Za pierwszym razem kupiłam Hobbita i Grę o tron, oba po funcie i kupowanie książek zawsze królowało przy okazji kolejnych wypadów. A co można kupić na car bootach? Wszystko. Absolutnie, od książek, przez zastawę stołową, stoły, sprzęt elektroniczny, ubrania, buty, wszelkiego rodzaju kiczowate śmiecie (Anglicy naprawdę mają talent do ich gromadzenia) na dywanach na przykład kończąc. Przyjeżdżasz na car boot, płacisz jakieś 50p albo nawet i nie, nie wiem, ile się płaci, jeśli samemu chce się sprzedawać, i można szaleć w alejkach do woli. Zresztą, co ja będę gadać. Patrzcie.






Co wygrzebiesz - Twoje, bo to jedna z kolejnych megazalet car bootów. Są naprawdę bardzo tanie.

7. Angielski
No dobrze, w Anglii mówi się po angielsku, czo ten Szaman, przecież to jasne, wszyscy uczymy się/uczyliśmy się angielskiego w szkole, na kursach, oglądamy filmy, wiemy, że angielski, to angielski. I może ja tutaj popisuję się wiedzą godną ignoranta, ale jak po raz pierwszy usłyszałam jak do mnie mówią, to zaczęłam się zastanawiać, czy ja się naprawdę kiedykolwiek uczyłam tego języka? Różni ludzie mówią różnie, to jasne, w różnych miejscach mówią jeszcze różniej, to też jasne (Yorkshire na razie skradło mi serce), aaale. Po pierwsze - przyzwyczajeni jesteśmy do Ameryki. Amerykańskich piosenek, filmów, wywiadów z ludźmi mówiącymi z amerykańskim akcentem (jednym z amerykańskich, wszystko jedno) i to naprawdę ma znaczenie, bo jak się przechodzi do akcentów brytyjskich, gdzie mają zdecydowanie inną melodię języka, inaczej wypowiadają niektóre słowa, a jak są farmerami, to masz wrażenie, że wsadzają sobie ziemniaka do ust i potem mówią. Z reguły lepiej się rozumie obcokrajowców mówiących po angielsku niż Anglików, naprawdę. Potem człowiek się uczy, to jasne, jak ze wszystkim, ale na początku naprawdę można przeżyć lekki szok.

8. Uprzejmość
Dobrze, dobrze, wiemy, że Anglicy są uprzejmi, że mamy formy grzeczne i bardzo grzeczne, oficjalne i nieoficjalne i to w stopniu jednak bardziej zaawansowanym niż w Polsce. I może znów popisuję się ignorancją, a może po prostu jestem typowym Polaczkiem-po-raz-pierwszy-na-Wyspach, ale nie wiedziałam, że taka codzienna uprzejmość potrafi być tak ciepła. Owszem, spotkałam naprawdę wiele osób, które wykazały się naprawdę godnym podziwu chamstwem, ale nie o tym  teraz. Formy love, sweetie, honey/hun, sweetheart, dear są zupełnie na porządku dziennym i używają ich nie tylko kobiety! Któregoś razu w mieście zrobiłam miejsce dla młodego chłopaka jadącego na rowerze, który podziękował: Cheers, love. Kolega z którym byłam bardzo się zdziwił, ja wzruszyłam ramionami. Anglia w jednej z bardziej sympatycznych odsłon.
A właśnie! Cheers to nie tylko Na zdrowie! używane przy toaście. To też powszechny zamiennik (nie powiem, że synonim) Thank you!, najczęściej używane chyba w sklepach.

9. Drogi
Beznadziejne drogi tylko w Polsce/na wschodzie! Zachód cywilizowany taki, autostrady majo, wszędzie można dojechać a wiejskie drogi są jak u nas krajowe! To chyba nie byli w Anglii ci, którzy tak mówią. Szczerze powiedziawszy na wąskich angielskich drogach, które nie były autostradami (o tych nie będziemy mówić, bo są, dobrze?), czułam się zdecydowanie mniej bezpiecznie niż w ojczyźnie mej Polsce, czy drugim domu Bułgarii. Może są w lepszym stanie - w sensie nie tak dziurawe - ale też z tym świetnym stanem nie przesadzajmy, wąskie są okrutnie, aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęć, przy następnej wizycie się poprawię.
Jeśli zaś jesteśmy przy ruchu drogowym, Anglia naprawdę ma solidny brak miejsc parkingowych - jeśli wcześniej myślałam, że to tylko Bułgarzy czy Serbowie są w stanie zablokować całe ulice, to byłam w wielkim błędzie.
To Cromer i dość szeroka ulica, w Ely nie było już tak kolorowo

10. Fast foody
Po jakiejś imprezie pojechałyśmy całą babską gromadą na car bood (nota bene właśnie ten, który sfotografowałam), ja piłam sok, jeszcze lekko wczorajsza, koleżanka K. nie jadła, nie piła, bo niedobrze. Dojechałyśmy na miejsce, pochodziłyśmy, koleżance się poprawiło, głodna. No dobra, jest tam budka z fast foodami, chodź coś kupimy. Wybrała hot-doga, podeszłam, zamówiłam, pan pyta z cebulą czy bez. No bez. Więc wziął bułę, wsadził w nią kiełbaskę i podał, smacznego. Popatrzyłam na niego zdumiona, pytam: To wszystko? No taaak, nie chciałaś cebuli. Aaaaa sosy? A tam na stoliku, kochanie. No dobra, jak na stoliku, to na stoliku. Później się okazało, że to normalne - w Anglii do fast foodów nie dostajesz tony warzyw i sałaty/kapusty jak jesteśmy przyzwyczajeni. Bułka nie jest podgrzewana, absolutnie, masz mięso, sosy i cebulę jak chcesz. Wiadomo, jak zamówisz cheeseburgera, masz w tym też ser, jak zamówisz coś z jajkiem, to i jajko, rzecz jasna, ale warzywa? Nie ma co na nie liczyć, jak się nie chce smażonej cebuli (która jest nawiasem mówiąc całkiem spoko).

11. Shire
Podczas wizyty w Yorkshire, wybrałam się z internetową mą Mamą do Yorku (no jak to, być w Yorkshire a nie odwiedzić stolicy hrabstwa) i w jakimś sklepie z pierdółkami, słyszę mężczyznę rozmawiającego z żoną i mówi nazwę hrabstwa, ale jakoś inaczej. Jako że akcent z Yorkshire jest inny i wspaniały, spytałam Mamy, jak to jest, czy to tylko u nich tak się mówi. i wtedy zostałam uświadomiona (co robiłam potem i ja z innymi znajomymi), że sporo ludzi popełnia hmm... powiedzmy, że "tolkienowski błąd", bo Shire ze śródziemia to szajer, ale już angielskie "shire" to już szir. I tak mamy Jorkszir, Kembridższir czy Szropszir. Nie powiem, ale o tym usłyszałam po raz pierwszy w życiu, do tego czasu cały czas dumnie wymawiając, że mieszkam w Kembridższajer :P.

;)


To chyba tyle, a gdyby ktoś chciał przeczytać o Anglii coś jeszcze, zapraszam do przejrzenia 25 ciekawych faktów. A w sumie to pojawi się jeszcze jedna notka z tego cyklu, bo przyszły mi do głowy dwie kolejne rzeczy, a to oznacza, że mogę pomyśleć o czymś jeszcze, więc za jakiś czas można się spodziewać, że istnieje jeszcze kilka zaskakujących rzeczy. 

Protesty

poniedziałek, 18 listopada 2013 3 comments

O protestach w Bułgarii słyszał na pewno każdy, a przynajmniej każdy powinien, bo swojego czasu mówiono o nich, pojawiały się różnorakie kwejki i inne zdjęcia dotyczące wydarzeń w kraju mojego obecnego przebywania, więc trzeba naprawdę nie być w Internecie, żeby nie wiedzieć (ciekawe było to, że w wiadomościach fakt obalenia rządu przemilczano). Jednak mało kto wie, że tak naprawdę protesty trwają nadal, niemalże bez przerwy. O co chodzi? Właściwie cały czas o to samo. Оставка (ostavka - dymisja).
Kiedy przyjechałam do Sofii w lutym, całe centrum było w protestach, blisko mojego uniwersytetu rozstawiono namioty (które stoją do dziś), w których zamieszkali co bardziej radykalni i to jest ten etap, który był najgłośniejszy, bo zakończył się tym, że cały rząd podał się do dymisji, jej, super tak, wow, uszanowanko, Bułgarzy obalili rząd, bo ten drastycznie podniósł ceny rządu zróbmy to samo. 



Problem w tym, że po ponownych wyborach... no cóż, w rządzie zasiada ta sama partia, a Bułgarzy jakoś nie umieją robić protestów, jak to stwierdziłam w tamtym semestrze jeszcze, bo dla mnie przypominało to jakiś festyn, zresztą, później zdjęcia. Bywały groźne chwile, ale na pewno nie było to, co u nas na Marszach Niepodległości w Warszawie (przykład dość radykalny, ale mocno trafny, wydaje mi się). Nie czułam się zagrożona, nie bałam się wychodzić, jak protesty w centrum, to w centrum, stację metra dalej było już spokojnie. 
Kolejna faza była w czerwcu, kiedy głównymi ulicami miasta przechodzili znów protestujący ludzie, ponieważ do rządu wszedł ktoś, o kim wszyscy doskonale wiedzieli, że jest z mafii. A jak wyglądały protesty? No cóż, protestujący szli Witoszką (klik), pozostali chodnikami, sklepy otwarte, tylko trochę głośno było. A Siewier strzelił wtedy zdjęcie, które tak naprawdę podsumowuje wszystko.

"Bez revoliucija sme zagubeni vo veki vekov!" rzekł Wasyl Lewski, co znaczy: "Bez rewolucji jesteśmy zgubieni na wieki wieków
Piknik, piknik, piknik, rząd sobie też z tego nic nie robi. Ale teraz... Teraz coś jest inaczej, jest poważniej. Przyleciałam do Bułgarii 31 października, od tygodnia nie było zajęć na uniwersytecie, zaczęły się dzisiaj. po trzech tygodniach. Studenci okupowali główny budynek uniwersytecki i właściwie można było obserwować jak z pikniku robi się naprawdę poważniej. Najpierw piwo, śpiwory, materace, fajnie, śmiesznie. Później, żeby wejść, trzeba pokazać indeks przy jednym wejściu, przy drugim wejściu, wpisać się na listę, powiedzieć po co i do kogo. A co w tym wszystkim przeraziło mnie najbardziej? Brak reakcji rządu. Wydaje mi się, że w Polsce nie do pomyślenia byłoby, żeby Uniwersytet Warszawski czy inny Jagielloński był przez trzy tygodnie okupowany, przez studentów żądających swoich praw. Rząd by najpierw nakłamał, a potem negocjował, tak obstawiam, a tutaj? Absolutnie zero jakiejkolwiek reakcji, a rektor innej uczelni UNSS (u-ne-se-se Universitet za nacionalno i svetovno stopanstvo. Stopanstwo-gospodarka, reszta zrozumiała) oznajmił całkiem niedawno: Jak się nie podoba, emigrujcie. Serio?
Protesty uliczne też stały się mocniejsze, ostrzejsze. W zimie internety polskie obiegło zdjęcie policjantów, którzy jako znak solidarności z protestującymi, rzucili tarcze na ziemię. Teraz? Teraz już nie jest tak kolorowo i zastanawiam się, to wszystko zmierza.


Matką chrzestną postu jest J., która kilka godzin po poprzednim poście napisała do mnie: Monika, a nie myślałaś, żeby te piękne zagraniczne przeżycia trochę zbruździć i napisać o tym, co się dzieje od lutego w BG? Myślałam o tym już wtedy, tym bardziej, że chwilę wcześniej kolega Bułgar z hasłem "kocham Cię, ojczyzno", wrzucił właśnie ten filmik. 

11 rzeczy, które mogą zaskoczyć w Anglii, cz. 1

wtorek, 12 listopada 2013 9 comments

Wielka reaktywacja blogaska chyba właśnie nadeszła. Powróciłam w wielkim stylu do Sofii, tydzień po przyjeździe ruszając w pięciodniową wyprawę do północnego sąsiada Bułgarii, Rumunii i tym samym zostały mi jeszcze dwa sąsiadujące kraje do odwiedzenia - Grecja i Turcja. Tym razem chciałam jednak wrócić jeszcze do czasów siedzenia na Wyspach, zainspirowana naprawdę pomysłową serią notek Marysi, która pisała o 18 rzeczach które mogą zaskoczyć w Bułgarii (1! 2! 3!). I tak, siedząc podczas niektórych leniwych dni w pracy, zaczęłam pisać własną. Ciężko mi ustalić, co jest bardziej lub mniej zaskakujące, więc cyferki są tylko umowne, ale oto przed wami lista rzeczy, które mogą zaskoczyć Polaka w Anglii (jeśli przyjeżdża do niej po raz pierwszy). Jeśli będę chrzanić głupoty, Mama Chiyo zawsze może mnie wyśmiać w komentarzach, więc pilnujcie. Ameryki tym tekstem zapewne nie odkryję, ale może ktoś dowie się czegoś nowego.

1. Domy
Budownictwo angielskie naprawdę jest urocze, chociaż na dłuższą metę, szczególnie w małych miasteczkach bywa trochę nużące, ale jest z kolei mocno charakterystyczne, tak że nie da się go pomylić z żadnym innym. Ale nie o stylach architektonicznych chciałabym pisać. W Anglii niemal nie uświadczysz bloków, tutaj mieszka się w domach, które się wynajmuje czy kupuje tak powszechnie, jak u nas mieszkania. Bloki (które dla mnie są symbolem miejskości i naprawdę ciężko jest mi przyswoić myśl, że jestem w dużym mieście, a nie ma bloków) są raczej socjalne i jeśli w bloku mieszkasz to chyba się nie przelewa. Wiadomo, cena domu zależy zawsze od metrażu, ilości sypialni, miasta i miejsca w mieście, ja mogę się wypowiedzieć tylko o mojej okolicy w Cambridgeshire. Dodatkowo domy często są naprawdę stare, pamiętajmy, że w Anglii nie było komuny (niby oczywiste, ale te bloki...), więc nasze socjalistyczne klocuchy naprawdę są rzadkością, to raz, dwa - II Wojna nie dała się we znaki, ot co.

Ely - obrzeża, osiedle mojej kuzynki, Cambridgeshire

Ely - centrum, Cambridgeshire

York, Yorkshire
Cromer, Norfolk

2. Chipsy
Że mają różne smaki, to wiemy wszyscy, ale ja przez dłuższy czas się zastanawiałam, jaki to smak "po polsku" vinegar. Dobre bo dobre, chyba jedne z moich ulubionych, po jakimś czasie się zorientowałam, że to chipsy o smaku octu. Nie wiem, czy wiedząc bym spróbowała, ale raczej tak. W Anglii jest mnóstwo różnych dziwnych/egzotycznych/hipsterskich smaków jak kozi ser, ale ocet i tak wciąż jest dla mnie najbardziej zaskakujący.

Zdjęcie: http://www.britishshop.pl

3. Cheddar
Trzymając się tematu jedzenia - Anglicy mają jakiegoś fioła na punkcie tego sera, który, szczerze powiedziawszy, w wersji brytyjskiej niezbyt do mnie przemawia - dużo bardziej smakował mi dziesięcio czy czternastomiesięczny z Biedronki. A tutaj w takim Tesko pół lodówkowej alejki zajmuje cheddar w różnych rodzajach: w kostkach, topiony, tarty czy w plasterkach, różnych firm, do wyboru do koloru, drugą wszelkie inne rodzaje, na czele z mozarellą.

Zdjęcie: http://amerrierworld.com/2011/06/13/good-old-tasty-english-cheddar-cheese/

4. Made in UK
Przede wszystkim jedzenie (wciąż trzymamy się kulinariów). Większość produktów, śmiało mogę powiedzieć, że 90% ma gdzieś napisane british, made in UK/Ireleand, made from british cośtam itp. Anglia dąży do gospodarczej samowystarczalności i Anglicy naprawdę wolą zapłacić więcej za droższe, ale swoje niż coś sprowadzonego, wyprodukowanego za granicą, a ja na przykład za brytyjską czekoladę Cudbury, jestem w stanie zrobić dużo. To samo tyczy się ubrań, kosmetyków (chociaż nie aż w takiej skali), jeśli chodzi o zabawki czy tanie produkty użytkowe - nie wiem, po części na pewno rządzi tania Azja, chociaż ręki uciąć sobie nie dam.

Zdjęcie: http://www.thisisguernsey.com/news/2011/11/01/dairy-undercut-by-cheaper-uht-milk/

5. Tesco
Swojego czasu w moim warszawskim mieszkaniu mówiło się Tesko, gdzie jest tanio kuresko, bywało taniej gdzie indziej, ale Tesco było 5 minut od bloku, więc proszę. Przyjechawszy do Anglii zorientowała się, że to supermarkety brytyjskie (jakżeby inaczej) i zauważyłam ciekawą rzecz. Otóż: w Polsce produkty z napisem Tesco, Carrefour, Kaufland itp. zawsze się kojarzą z czymś tańszym, więc gorszej jakości. Tutaj mamy drobną różnicę. Większość produktów w supermarkecie będzie miała napis Tesco, bo dana firma wyprodukowała coś właśnie dla tego marketu. Produkty tańsze (i w większości serio gorsze) to z kolei Tesco value, którego wystrzegałam się jak mogłam - nigdy w życiu nie jadłam tak obleśnej musaki, którą po dwóch widelcach wyrzuciłam do kosza.

Część druga (jak na razie zgromadziłam jedenaście punktów) wkrótce, już nie skupiająca się na żarciu, może  zostanie rozdzielona jakąś zaległą notką. O Ochrydzie na przykład albo Transylwanii. 
Blogasek uważam za reaktywowany!

Innosci wszelakie

piątek, 30 sierpnia 2013 5 comments

Kiedy przyjechałam po raz pierwszy na Bałkany niemal od razu zauważyłam, ze jest inaczej. Miasta... no dobra, Sofia Sofią, królestwo komuny, jak wszędzie, ale wystarczyło wyjechać przejść się po mniejszych miejscowościach - różni się to od Polski i to zdecydowanie. Od półtora miesiąca jestem w Anglii i... no cóż, po kolei.
Na pierwszy rzut oka widać, ze jesteśmy w starym kraju, w kraju, w którym nie było wojny, bo nie oszukujmy się te kilka bomb na Londyn się nie liczą. Siedzę sobie na wsi, zostałam pracownikiem biurowym, chyba jednak nie jestem tak nieogarnięta, jak myślałam, powoli tez ruszam tyłek i zaczynam podróże, o których będę opowiadać. Ale to powoli i spokojnie, najpierw okolica i tradycyjnie mapka, a nawet dwie!

Na mapie zaznaczone Ely, miasteczko pobliskie mojej wsi...

...a tutaj Barway w którym mieszkam, na górze Ely, na dole Soham, miejsca, gdzie się koncentruje życie mojej farmy czy też firmy, zależy jak na to spojrzeć.
Wprowadzenie jest, więc teraz powoli, od początku. Barway. Barway to wieś, co tu dużo ukrywać. Pięć domków na krzyż i kompleks hostelowo-kabinowy, w którym żyję i z czego jestem bardzo zadowolona. Żeby aż tak bardzo nie odbiegać od klimatów bałkańskich - mieszkam z bułgarkami, na kabinach większość jest Bułgarów, także radość wielka. Ale! Zdjęcia, niewiele ich jest ale proszę.

Oto mosteczek. Znajduje się pół mili od hostelu przy ścieżce pieszej w kierunku Ely.

Mosteczek jest super, chodzę tam pomyśleć, przemyśleć i odpocząć.

Dalej idąc wałem dochodzimy kanałem do większej rzeczki przepływającej też przez Ely. Ludzie sobie pływają łódkami, czy też wypadałoby powiedzieć mini-stateczkami, nawet się śmiałam, że trzeba spróbować złapać stopa na rzece, po czym sobie przypomniałam, że Anglia to nie Bałkany i chyba byłoby to niemożliwe.

Słabo widać, ale tam z tyłu katedra w Ely widoczna z mojej wsi, a pokażę ją następnym razem.
To z kolei hostel w którym mieszkałam, a w którym się znajduje biuro me.
Zdjęcia kabin nie mam, jak zrobię, to wstawię. Pięknem to nie zachwyca, ale żyje się, płacimy niecałe £34, daje radę. Tylko trzeba sobie znaleźć zajęcie, bo jak się go nie ma, to się popada w marazm, lenistwo, picie/palenie, nicnierobienie z życiem, co się kończy winieniem całego świata za wszelakie nieokreślone cosie, ale to się może zdarzyć wszędzie, więc pożegnam jeszcze optymistycznym akcentem, jako że się zbieram do pisania prac na sesję.

Ponieważ czeka mnie żywot starej-kociej-panny, wstawiam od razu Adolfa. Walizka jest moja, problem?

Banica polish edition

niedziela, 4 sierpnia 2013 4 comments



Moim ulubionym bułgarskim daniem jest banica. Najprościej opisać ją można jako ciasto podobne do francuskiego przekładane słonym serem. Zakochałam w niej od razu! Przebywając w Sofii miałam już jej trochę dość, bo niestety do lekkich posiłków ona nie należy ;) Ale wiedziałam, że pewnie będę za nią tęsknić gdy wrócę do Polski więc przywiozłam dwa opakowania ciasta "kori" i owczy ser "sirene". Pierwszą banicę jaką zrobiłam, zrobiłam właśnie z "sirene" na słono. Nie wszystkim smakowało, ale rozumiem, bo nie każdy przepada za słonymi ciastami :) Jak dla mnie smakuje obłędnie. Wczoraj zastąpiłam sirene naszym polskim twarożkiem i na słodko wyszło równie dobrze :)

A teraz przepis:

Potrzebne nam będą:

* 500 g. twarożku
* opakowanie ciasta "kori" [można je znaleźć w sklepach z tureckimi przysmakami, wystarczy poprosić o ciasto do bakławy. Dostępne jest również pod nazwą "ciasto filo". Ciasto jest tak cieniutkie jak kartka papieru! Można je zastąpić ciastem francuskim, wyjdzie całkiem nieźle]

Moje się niestety troszkę rozwaliło, bo je zamroziłam...


* trzy jajka
* pół kostki masła
* szklanka gazowanej wody
* cukier puder

Jeśli decydujemy się na wersję na słono, wywalamy cukier puder, a twaróg zastępujemy bałkańskim serem, który można znaleźć w większości marketów :)

Brytwankę smarujemy masłem. Delikatnie kładziemy dwie/trzy warstwy ciasta kori (albo jedną francuskiego). Posypujemy delikatnie cukrem pudrem, a potem twarożkiem (jeśli robimy na słono - tylko samym serem). Kładziemy kolejną warstwę, znowu posypujemy cukrem pudrem i serem, kładziemy "kori", znowu cukier i ser, przykrywamy ostatnią warstwą ciasta. Jeśli używamy ciasta francuskiego, kładziemy tylko jeden płat ciasta! Jest ono wystarczająco grube, żeby zastąpić te dwie/trzy warstwy ciasta kori!


Teraz całość kroimy na sporej wielkości prostokąty.



Jajka, wodę gazowaną i rozpuszczone masło mieszamy dokładnie razem i delikatnie polewamy ciasto, tak, żeby masa wlała się w nacięte rowki i całość nią nasiąkła.


Wstawiamy do piekarnika, pieczemy przez 35 minut w temperaturze 200 stopni.

Smacznego :)

 
Bułgaria, naturalnie! © 2011 | Designed by Interline Cruises, in collaboration with Interline Discounts, Travel Tips and Movie Tickets