Baba Marta

środa, 27 lutego 2013 4 comments

Jeszcze trochę czasu do święta jest, ale jakoś dziś, wracając do akademika, natchnęło mnie na zdjęcia, ale może po kolei. Pierwszego marca świętujemy w Bułgarii tzw. Babę Martę, czyli dzień pożegnania zimy, bo trudno to nazwać pierwszym dniem wiosny, dziś na przykład spadł śnieg. Tradycyjnie pierwszego (a i w kilka dni po też, bo często znajomi się nie widzą akurat 1 III) dajemy rodzinie, przyjaciołom, bliższym/dalszym znajomym marteniczkę (мартеница), która już jest opisana w słowniku. 


Kiedy pojawiają się pierwsze listki na drzewach (a dzieje się to baaardzo szybko), większość krzewów/drzew/krzaków wygląda mniej więcej tak:


Pojawiłyśmy się w Sofii, jak wiadomo, w tamten poniedziałek (18 II) i już nas przywitał martenicowy biznes. Wszędzie. Przy każdym większym skupisku ludzi, dziś z tej okazji zrobiłam zdjęcia. Także tak.

Na bulwarze Witosza (ładny deptak w centrum)


Oto on, a na wprost cerkiew św. Niedzieli, pod spodem z bliska, ale sprzed dwóch lat.



Nadal Witosza, Siewier w pomarańczowym szalu.


Przy stacji metra "Serdika"


"Nasza" stacja G. M. Dimitrov


Tu też G. M. Dimitrov, tylko po drugiej stronie.

I również.

W drodze do akademika

Przy supermarkecie "Fantastiko"

Także tak to wygląda. Ceny są różne, można zapłacić levka (ok. 2 zł) za pakiet dziesięciu, pojedyncze nawet za 10 stotinek (20 gr.), takie ładniejsze koło 60, 70 stotinek, jeśli chodzi o bransoletki oczywiście. Można też kupić droższe, za 5 leva, a że my też uległyśmy martenico-biznesowi, pod spodem nasza kolekcja. I te tanie i droższe, wszystko będzie rozdane, bo biznes biznesem, ale jak się dostaje od kogoś martenicę, od razu się robi cieplej na sercu. 


Przepraszamy

wtorek, 26 lutego 2013 0 comments

Siewierczę się kaja. Miała być notka z Bansko, ale są Internety.


I Marko Marković


3, 2, 1... start!

poniedziałek, 18 lutego 2013 10 comments

Z akademika sofijskiego witam ponownie ja, przygotować się proszę na pełno bełkotu o niczym, chociaż jestem zmęczona, to są dwa wyjścia: albo będzie krótko i konkretnie, albo będę gadać naprawdę długo. Jak na razie się zapowiada, że jednak to drugie, ale nic, wyjdzie w praniu. Przynajmniej zdjęcia jakieś będą, bo Siewier ogarniał.
10:55 samolot kupiony szczęśliwym trafem w cenie tak niskiej, że jestem na siebie wściekła, że kupiłam tylko jeden bilet, ale samolotów to ja nienawidzę całym sercem, jednocześnie uwielbiając fakt przemieszczenia się o jakieś 1200 km na południe w ciągu dwóch godzin. Trzeba płacić, tym razem nie trzeba mnie było reanimować, Siewier dzielnie mnie trzymał za rękę podczas wznoszenia się i tym razem udało mi się nie zejść, plus dla mnie. Przyzwyczaję się? Nie ma szans. Za to do typowego posiłku, w ramach wynagrodzenia sobie złamania postu (licho ciężkie, JABŁKO mi chcieli dać w miejsce kanapki, proszę...) wypiłam kawę i piwo do tego. Siewiera zmogło, mój nastrój się polepszył zdecydowanie, tym bardziej, że lądowanie znoszę z wielką radością.

Łapę Siewiera mało widać, moja w prawie całej okazałości


Lot oczywiście w chmurach, czego innego spodziewać się w lutym, a jak Siewier chciał wyjrzeć, sprawdzić, gdzie jesteśmy, to trochę nie wyszło.

Chyba gdzieś na Słowacji to było, ale nie jestem pewna ;)

Niemniej jednak, lot się zdecydowanie udał, nawet się nie zachowywałyśmy wybitnie kretyńsko, bo ja jednak start odchorowuję koło doby, a Siewier się nawalił 330 ml. piwa.


Z rąsi zawsze spoko

Panowie taksówkarze jak zawsze zaskoczyli człowieka, zbiegając się wszyscy z pomocą, naśmiewając dobrodusznie z mojej rozwalonej walizki, której rączkę trzeba chować za pomocą klucza, no i oczywiście znalazł się jeden oznajmiający nam z radością: Dzien dobri! Nie wiem dlaczego, w końcu już poprzednia wizyta na Bałkanach pokazała, że polskość i Polacy są wszędzie (dwa lata temu, Serbia, Niš, biegnie pani Serbka ulicą, zaczepia mnie i moją ówczesną współlokatorkę z pytaniem gdzie jest jakiś tam bank, wybełkotałam, że nie wiem, bo nie jestem stąd, aaa to skąd. No z Polski. Och, fantastycznie, moja stryjenka jest Polką! No i tam oczywiście wszystkiego dobrego pognała dalej. Wieczór tego samego dnia, piwo, jakżeby inaczej, nie mam dinarów, czy mogę płacić w euro. Trochę pan barman się motał po angielsku, więc przeszliśmy na serbski. I wyszło, że ma babkę Polkę, jeej. Nie wspominając już o przypadkach bułgarskich :), ale zawsze mnie to cieszy. Tym razem mnie nie owalono w taksówce, uważam, że to dobra passa, akademik dostany jest, nic się nie zmieniło przez moje dwa lata nieobecności, prysznic nadal jest dziurą w podłodze, lodówkę robimy wywieszając siatkę za okno, kuchni brak, czyli cudownie swojsko jest.

Siewierkę w uroczym rozpierdzielu, Moje łóżko tam z tyłu.

Wycieczka do miasta była, nogi bolą jak licho, piniędze wydane w sporych ilościach, ale trzeba było kupić to i owo. Łącznie z moim ukochanym piwem Šumensko, tym razem dwulitrowym, które miałyśmy wypić z poznanymi w sklepie Polkami (mówiłam, że jesteśmy wszędzie!), ale jakoś nie chciały pić. No to nic, to siedzimy jak ostatnie nerdy i pijemy przy kompach alkohol, zmęczone jak licho, loty trzeba odchorowywać. Jutro miałam być w Belgradzie, ale to i owo nie wyszło, jednakże mam nadzieje, że się ogarnie i w najbliższym czasie relacja z państwa, gdzie mówią najpiękniejszym językiem świata będzie. A jak nie w najbliższym, to za jakiś czas, ale będzie. 

I na koniec widok z naszego okna. Pozdravi! :)

Siewier w Bułgarii - part one!

środa, 13 lutego 2013 5 comments


Zamieszanie sesyjne mam już prawie z głowy, a do wyjazdu pozostało tylko kilka dni. Z tego względu wzięłam się wreszcie za napisanie kolejnej notki, po tak długim czasie. Musicie mi to wybaczyć :)



Do Bułgarii miałam lecieć pierwszy raz na drugim roku studiów, niestety z różnych powodów wyjazd nie doszedł do skutku. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że w maju 2012 roku Bułgaria będzie organizować olimpijskie kwalifikacje w siatkówce mężczyzn. Powiedziałam sobie, że takiej okazji nie mogę przepuścić, a zrobię wszystko, żeby tam być. Siatkówka to moja wielka miłość i okazja połączenia tylu pasji w jednym miejscu, później nie mogłaby się powtórzyć. Bilety lotnicze kupiłam chyba już w listopadzie, albo grudniu. Dzięki uprzejmość kochanej koleżanki nie musiałam się martwić o nocleg (tutaj ślę serdeczne pozdrowienia!).



Swoją wizytę w Bułgarii rozpoczęłam od weekendu spędzonego w Perniku u mojej serdecznej bułgarskiej koleżanki Snezhiny, którą również tutaj serdecznie pozdrawiam! :D
Dzięki jej gościnie i pomocy rodziców udało mi się zobaczyć większy kawałek tego pięknego kraju, za co jestem im niezmiernie wdzięczna!

Pernik jest małym miasteczkiem leżącym w pobliżu Sofii. Wcześniej słyszałam o nim tylko same żarty i niepochlebne opinie. Kojarzyło mi się to wszystko wtedy z naszymi żartami na temat Sosnowca, bo Wąchock ma jeszcze inny odpowiednik w BG (Gabrowo). Byłam bardzo ciekawa jak wygląda to miejsce naprawdę i byłam bardzo pozytywnie zaskoczona! Może nie należy do najpiękniejszych miejsc na ziemi, ale jest w nim coś co mnie urzekło. Jakaś swego rodzaju swojskość, życzliwość ludzi tam mieszkających. Spędziłam tam naprawdę cudowne chwile i nie mogę się doczekać, aż znowu odwiedzę tam wspomnianą koleżankę i jej rodzinę.





Powyższe zdjęcia robiłam ze wzgórza na którym znajdują się ruiny twierdzy, które możecie zobaczyć poniżej:





A tu jeszcze dwa zdjęcia z "centrum" miasta:




Mój pobyt tam przypadł akurat na dzień Świętego Jerzego – bardzo ważne bułgarskie święto, o którym pewnie napiszę więcej podczas jego obchodów. W tymże dniu udaliśmy się na wycieczkę do Riły, gdzie mieści się słynny bułgarski monastyr. Jest to święte miejsce dla Bułgarów, porównywalne do naszej Jasnej Góry, z tą różnicą, że w Rile nie zaobserwowałam aż takiego przepychu, wszechobecnego sacrobiznesu i tłumów pielgrzymów (co było dziwne, bo przecież pojechaliśmy tam w dniu tak ważnego święta).

W drodze do Riły zatrzymaliśmy się na chwilę w miasteczku o dźwięcznej nazwie Dupnica! Już widzę jak Wam się uśmiechy cisną na usta, więc od razu wyjaśniam, że „dupka” po bułgarsku to „dziura” ;D Nazwa miejscowości pewnie wiąże się z tym, że leży ona w kotlinie otoczonej pięknymi górami :)



Nie chce mi się teraz dokładnie opisywać historii monastyru, może kiedyś zmuszę się do napisania osobnej notko o nim :) Miejsce jest niezwykłe, nawet ja będąc osobą mało religijną odczułam tam swego rodzaju więź z wyższymi siłami. Zaskoczył mnie bardzo spokój tam panujący, niezwykła skromność tego miejsca. Klasztory zawsze mi się kojarzą niestety ze zbędnym przepychem, sacrobiznesem, przesadnym bogactwem. Tam tego nie odczułam całe szczęście. Do tego cudowne rześkie górskie powietrze, idealny klimat do kontemplacji :)









I teraz pora na samą Sofię! Na zwiedzanie miałam niestety bardzo mało czasu, ponieważ prawie cały pobyt spędziłam w Arenie Armeec fotografując całymi dniami zmagania siatkarzy.


W Sofii jestem zakochana na zabój! Uwielbiam ten specyficzny klimat, ten wszechobecny duch komunizmu, "stare" pomieszane z "nowym", dziurawe chodniki, budki z baniczkami, górującą nad miastem Witoszę, szalonych taksówkarzy, uwielbiam dosłownie wszystko :) 


Powyżej przepiękna cerkiew "Aleksander Newski", wewnątrz niej majestatyczny klimat wręcz przytłacza człowieka i robi niezwykłe wrażenie, szczególnie gdy zaczynają bić dzwony :)

W jej okolicy jest bardzo ciekawy mały bazarek, gdzie można znaleźć dosłownie wszystko! Od świętych ikon, przez stare aparaty fotograficzne (<3) po pamiątki nazistowskie (sic!). Idealne miejsce dla kolekcjonerów wszelkich staroci.

Moja reakcja na uwidziany raj!

A tu już fotki z innych miejsc w tym pięknym mieście:

Polski Instytut :)
Łaźnie
Teatr Narodowy
Cerkiew Sveti Georgi - położona na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego


Jak będziecie kiedyś w Sofii, to w podziemiach stacji metra Serdika jest bardzo uroczy sklepik z pamiątkami. Siedzi tam bardzo miły pan, który własnoręcznie robi pamiątki z drewna i można podejrzeć jego pracę na miejscu. Nie są wcale drogie, ale za to bardzo wyjątkowe :)


Widok ludzi grających w szachy w parkach również nie należy do rzadkości :)


Hmm hmmm i to by było chyba na tyle odnośnie mojego pierwszego pobytu w Bułgarii. Całą masę innych ciekawostek będę pewnie Wam przekazywała na bieżąco, gdy tylko tam wyląduję :)

 
Bułgaria, naturalnie! © 2011 | Designed by Interline Cruises, in collaboration with Interline Discounts, Travel Tips and Movie Tickets