Błoto z Belgradu

czwartek, 28 marca 2013 3 comments


Godzina dziewiąta z kawałkiem, poniedziałek 25 marca, pogoda kiepska na przebywanie w okolicach autostrady, niby centrum miasta, ale wieje jak jasne licho. Kręcimy się po Belgradzie od blisko dwóch godzin, wyszliśmy od naszego hosta N. chwilę po 8, udało mi się lekko popłakać, bo już zaraz, za chwilę będzie po wszystkim, będzie autoput (jak to mówiłam przez ostatnie kilka dni autostradapo serbsku i tak mi bardzo weszło, że ciężko inaczej), kilka godzin drogi, a potem już granica i tylko Bułgaria, i tylko Sofia, a mnie serce pęknie, bo tak bardzo nie chcę, tak bardzo nie chcę, bo wreszcie jestem w stanie się określić, już jestem, po trzech latach jestem w stanie zrezygnować z Bułgarii dla Serbii. Nie wiemy, gdzie tego stopa łapać, już bliżej "do dziesiątej" niż "po dziewiątej", a do Sofii kawał drogi, z miejsca, gdzie zaczęłyśmy do naszej ulicy w Sofii 405 kilometrów, jak głoszą Mapy Googla. Pojechałyśmy w to samo miejsce, w którym wyrzuciło nas trzech Serbów, zabierających nas z autostrady, gdzie się kończy płatny odcinek autostrady, a zaczyna odcinek belgradzki. Do tamtego miejsca dojechałyśmy tirem z Turkiem Ibrahimem, żonatym z Bułgarką, numery wymienione, nagadane przez kilka godzin podróży, zaproszenie do Stambułu jest, stereotyp tureckiego kierowcy runął w gruzy momentalnie. Jest zimno, wieje wiatr, słońca nie ma. Zaczynam się denerwować, ale mówię sobie O co się srasz, kretynko, jak nie złapiesz, wydasz trochę kasy i wsiądziesz w pociąg, nie ma strachu. Podziałało. Idziemy z J. trochę dalej, gdzie autostrada jest całością, a nie dzieli się na główną drogę na południe i części zjazdowe do i wyjazdowe z miasta. No i gdzie nie ma policji, bo trochę głupio wleźć na środek autoputa w środku miasta. Udało się. Łapiemy pierwszego stopa, króciutki, trwa jakieś trzy minuty, dziadek Serb daje mi do trzymania reklamówkę z jajkami, mówi, że zawiezie nas tam na górę, tam na pewno coś szybko złapiecie, bo tu to kiepsko. Stoimy tam niecałe dziesięć minut. Justyna przy głównej, ja przy wyjeździe. Przez chwilę stałyśmy razem i wtedy przestąpiłam z nogi na nogę, jedna poszła do tyłu. Nosz kurwa mać!


Wytarłam jakimiś zużytymi chusteczkami wyciągniętymi z plecaka J., chwilę potem udaje mi się złapać ciężarówkę dostawczą. Pytam pana Serba gdzie jedzie. Daleko, odpowiada. Autoputom? Da. Więc wsiadamy. Zmarznięte, ale szczęśliwe, wreszcie się zaczyna droga. Pyta, gdzie jedziemy, mówię, że wracamy z Belgradu do Sofii, w Sofii się uczymy, byłyśmy u znajomego w Belgradzie, teraz czas wracać, a tak w ogóle to jesteśmy z Polski. Pyta, jak długo jestem u nich, że się nauczyłam serbskiego. Mówię, że w Warszawie, ale mówię średnio, na co się obrusza i mówi, że skoro się tu ogarnęłam, to mówię dobrze. Nie zaprzeczam, jest mi miło, chociaż wiem, że tak naprawdę jestem na początku drogi. Serb ma dobroduszną twarz, trochę opowiada o życiu w Serbii, że strasznie ciężko, pyta, jak jest w Polsce, mówię, że do zniesienia, ale mnie się bardzo tutaj podoba i tutaj chcę mieszkać, żeby nie wiem co. Trochę się dziwi, ale bardziej go to cieszy jednak. Wjeżdżamy wreszcie na płatną autostradę, jest dobrze, tu będą tiry, jak są tiry, to prędzej czy później się dostaniemy do Sofii. Po drodze zajeżdżamy jeszcze do niewielkiego miasteczka Vrčin (Serb jedzie do Batočiny), ma firmę dostawczą. Wjeżdżamy w górę i w górę, i w górę, stajemy przed sklepem. Na poboczu samochody z obu stron, Serb parkuje po środku. W Polsce przewiduję aferę, tutaj?



Odbyło się bezboleśnie, tylko pan traktorzysta trochę powyklinał, kiedy nasz kierowca wrócił, dobiegło nas tradycyjne chyba pičku ti materinu, na co ten odkrzyknął izvini! a do nas z uśmiechem powiedział, że tamten się chyba trochę zdenerwował. Ruszamy dalej, zostajemy wysadzone na stacji paliw (po serbsku fantastycznie pumpa) jakieś 2 km od Batočiny, pan życzy powodzenia, żałuje, że nie może z nami jechać do Bułgarii. Łapiemy dalej, dostaję smsa od N., czy jesteśmy już w trasie. Mówię, że tak, stopujemy jakieś 100 km od Belgradu, życzy nam powodzenia, każe się odzywać, jak dotrzemy. Zatęskniło mi się przez chwilę, Belgrad piękny, żywy, mój, mimo tego, że jeszcze nie wiem jak tam się żyje, jak bym sobie dała radę, ale mam niezachwianą pewność, że jednak mój, koniec kropka.






Ale to mija, wiem, że wrócę, a teraz jest droga. Droga jest fantastyczna, w drodze czuję się... dobrze, tak jak trzeba, trochę adrenaliny jest, ale to raczej tak, żeby szybko złapać, żeby jechać. Czy się boję? Właściwie nie, J. mówi, że każdy jest przede wszystkim człowiekiem i tak podchodzimy do każdego kierowcy, nieważne skąd jest i czym jedzie. Mija jakieś 5 minut, zatrzymuje się turecki tir, tureckie tiry to główny środek lokomocji. Łamanym angielskim, niemieckim i południowosłowiańskim dogadujemy się, że nie jedzie daleko, robi przystanek na dwanaście godzin, bo musi. Nazywa się Husain, bardzo chce się komunikować, chyba fakt, że wyjęłam książkę (kupiona w Belgradzie, N. czekał jakieś pół godziny zanim znajdziemy w końcu coś dla siebie, wzięłam Komo, jeśli ktoś serbskojęzyczny, polecam całym sercem, a także książkę kucharską, co N. skomentował taaak, kobieta powinna znać swoje miejsce... Żartuję!. To jego šalim se powtarzało się bardzo często, ale poczucie humoru ma facet fantastyczne) uznał za dowód nudy. Wysoki, bardzo chudy, kebab, mówi i pokazuje na siebie, że chudy i źle mu z tym. Kebab, odpowiadam, pokazuję na niego, chudy, na J., chuda, na siebie, gruba. Oburza się. Fizionomia okiej, super, super! wydaje się być szczery, zresztą, nie polemizuję, baba łasa na komplementy jak zawsze. Jedzie z Francji. Srbija problem, Bosna problem, Ungarija problem, Czech, Slovak, Polonia no problem! My z Polski mówimy. Polonia!!! Supers, Very gut, very gut. Jakoś się dogadujemy, w końcu zjeżdża na swój przystanek. Zabiera nas ze sobą, kafe, no problem, coca-cola no problem, schlafen no problem, dusz (prysznic), no problem. Turcy zgromadzeni w zajeździe patrzą na nas z zaciekawieniem, kelner jak na kurwy. Dogaduję się z nim po serbsku, kiedy chcę sama zapłacić za kawę, nie słuchając Husaina, który mówi, że absolutnie Monika, on będzie płacił, co ja robię. Chyba robi to na nim robi jakieś lepsze wrażenie, bo mówi, że on zapłaci i już nie patrzy tak nieprzyjemnie. Mówimy Husainowi, że idziemy łapać dalej, odprowadza nas na dwór i wciska 10 euro, żebyśmy złapały autobus, Niš, safe, pliz, pliz. Nie wzięłyśmy, podziękowałyśmy za podróż, uścisnął nam ręce, poszłyśmy dalej.


Wieje i jest trochę paskudnie, łapiemy, Serbowie w tirach na Belgrad machają, żebyśmy jechały w drugą stronę z nimi, jest całkiem zabawnie, zabiera nas dwoje Serbów: matka i syn, ona z trzema zębami na krzyż mówi, że jadą do Nišu oglądać dziecko, on to mój syn, teraz został dziadkiem, a ja już jestem prababcią! Serb mówi, że zaczyna deszcz to pomyśleli, że nas zabiorą. Trochę gadamy, ale w sumie jesteśmy dość zmęczone, więc ja sobie podśpiewuję razem z radiem, J. drzemie, od piątku walczyła z przeziębieniem, we wtorek nie poszła na zajęcia, by zwalczyć je do końca. W okolicach miasta umawiamy się z Serbami, że nas wyrzucą na stacji, będzie nam lepiej stopować. Piszę na jednej z kserówek z serbskiego Sofija i pod spodem София, bo tu już trochę Bułgarów jeździ. Bardzo się oburzyłyśmy gdy bułgarski tir nie stanął. Na stacji stoi z kolei turecki, nie zwracamy na niego uwagi, pewnie ma postój, na szczęście nie wieje tutaj jakoś bardzo, teren bardziej górzysty, daje radę.



Podjeżdża osobówka z Niemiec, w środku młodzi Turcy, ale załadowani po sam dach, nie ma szans. Podchodzą do tirowca, rozmawiają jakiś czas, my nie mamy dalej stopa. W końcu ruszają dalej i mówią, że on jedzie do Sofii i zgodził się nas zabrać. Najbardziej zamulająca część podróży, Turek sobie ubzdurał, że mówię po turecku, coś do mnie gadał, starałam się patrzeć na gesty, coś tam rozumiałam, za dwa razy stawał, bo mu koło szwankowało. Za Nišem jest przepiękna, ale niebezpieczna droga. Spociły mi się ręce, siedziałam spięta jak cholera, J. kazał się położyć, bo się bał policji, także chyba trochę drzemała, zresztą Turek, nie pamiętam imienia, zmartwił się, że jest chora, ale go uspokoiłam, że tylko zmęczona.











Pogoda w poniedziałek była nieładna, zdjęcia są z drogi do Belgradu, w sobotę. Na granicy umawiamy się z Turkiem, że się spotkamy po drugiej stronie. Idziemy do bramek, stajemy w kolejce między samochodami, pan Serb bierze dowody, bardzo miły, pyta czy stopem i czy z Polski. Mówię, że byłyśmy na wycieczce w Belgradzie, wracamy do Sofii bo tam mieszkamy. Co nowego w Belgradzie? Nic nowego, Belgrad jest super. Wzdycha i potwierdza, życzy powodzenia, idziemy dalej. Jeśli ktoś kiedyś wyczyta, że na granicy z Serbią są problemy, jeśli ktoś idzie pieszo, nie wierzyć. W piątek granicę przejechałyśmy samochodem. Do granicy tirem, po wyjściu z Bułgarii zabrał nas Bułgar z Pirotu, Serb celnik był jeden, potem przyszli jeszcze dwaj, nie mogąc się nadziwić, co dwie Polki zamierzają robić w Dimitrovgradzie. No nic, idziemy dalej.



Pan Bułgar wytrzeszcza oczy, rozkłada ręce. Polka! Dwie! Na piechotę! Z Polski?! Aż chciało się zawołać w stylu N. šaljem se. Śmiejemy się, wita nas w Bułgarii, idziemy dalej, zatrzymuje się osobówka, bułgarska para, pytają gdzie. Do Sofii, super, wsiadajcie. Jedziemy, nareszcie ciepło, pytają skąd. Iz Beograda, odpowiadam, dziś jest czwartek, dopiero dziś przeszłam na bułgarski tak w pełni.
Wrócę na pewno, nie raz i nie dwa. Do Dimitrovgradu, bo magisterka, ale miasteczko przepiękne, aż chciałoby się zapytać, dlaczego Serb się dziwił, że dwie Polki tam jadą.









Ludzie? Fantastyczni. I G. nasza gospodyni w Dimitrovgradzie, i N., i kierowcy, i stop cudowny i szybki. Żadnych propozycji, żadnych nieprzyjemności. Serbowie wiozący nas do Belgradu pytają tylko czy się nie boimy, bo ich jest trzech. Mówię, że nie, kierowca odpowiada, że mamy szczęście, że są miłymi chłopakami, ale wyraźnie żartuje. Ibrahim zwyciężył system, po bułgarsku przegadaliśmy całą drogę, opaliłam się z tymi wszystkimi ludźmi jak smok, przechodzę ponowny detoks, w głowie rozjaśnione jak nigdy, po drodze piękne widoki były, szczególnie w sobotę, bo słońce.





W sobotę Bułgaria, Koprivštica, następny tydzień? Może Saloniki. A może Skopje. Jeszcze nie wiem, zobaczymy, ale podróżowanie radością mojego życia, a podróż zamierzam zakończyć w Belgradzie. Jeszcze nie wiem kiedy, ale taki jest życiowy plan. Błoto na butach przywiozłam, niby już umyłam, ale jednak. Tylko mi trochę niedzieli szkoda, jak normalnie gadam jak najęta (srsly?), tak tam wypowiadałam zdanie na godzinę, rozkręciłam się pod koniec dnia, ale to powody były, głupie może, ale następnym razem nie dam im się pokonać.
Właściwie nie wiem, jak bardzo ciężkim polskim napisane, mistrzostwo moich dygresji chyba zwyciężyło świat.

Street art

środa, 13 marca 2013 6 comments

Walę notkami jak szaleniec, ale dlaczego tego nie robić, skoro tyle rzeczy do pokazania. Jako że odwołano nam zajęcia, wybrałyśmy się na spacer po Sofijce, a właściwie trafiłyśmy na ulicę Cara Šišmana (Цар Шишман), którą ochrzciłyśmy sofijską Chmielną (kto z Warszawy, ten wie, kto nie wie, to w skrócie: deptak, szpanerstwo, hipsterstwo, chłopcy w rurkach bardziej obcisłych niż skóra. Ale za to jest bośniacka knajpa i tanie kino Atlantic, no i jest ładnie, nieważne, kto tam łazi), bo spotkałyśmy ze czterech Bułgarów w hipsterskim stylu i w sumie tyle podobieństw, zadziałał mechanizm skojarzeń. Co było na Šišmanie? W większości graffiti, które zbierałam już wcześniej, podczas spaceru w sobotę, ale dopiero tutaj, a także na pobliskich ulicach Rakovski (Раковски), Graf Ignatiev (Граф Игнатиев) i różnych innych bocznych, których nazw nie pamiętam (a jako że nie jestem mistrzem odtwarzania trasy na mapie, to i tak nic z tego), zobaczyłyśmy naprawdę coś. I tyle gadania. Reszta - zdjęcia.


Całkiem adekwatny komentarz do bezdomnych sofijskich psów.


Sklep przegenialny, wszystko ręcznie robione, sporo rzeczy z odzysku jak portfele z kartonów po sokach, sporo dziergania - między innymi czapki-zwierzaki w których się zakochałam. Ceny spore, jak zawsze w takich sklepach, ale jednak w Polsce takie cudeńka są droższe. Przy okazji wstawię zdjęcia ze środka.



Svobodata, ljubovta sa mi vsičko na sveta. Ljubovta mi e cenata na smyrtta. Bih otdal za svobodata ljubovta.
Wolność, miłość, są dla mnie wszystkim na świecie. Miłość jest dla mnie ceną śmierci. Za wolność, oddałbym miłość.



To nie graffiti, ale koteeek!

Byłoby ładniej, gdyby jakiś cham nie zamazał strusiowi głowy.

Komentarz do psów część druga...

... i trzecia :)

Też nie graffiti, ale ładne.


Coś w stylu mozaiki, jest ich kilka w Sofii, jak odnajdę wszystkie, to zaprezentuję osobno.

Ludzka stonoga? :)




Za čista i svjata republika nacionalen protest 24.02.2013 za Bylgarija, czyli to i owo o protestach sprzed kilku dni. Wydaje mi się, że to akurat tak po "słowiańsku", że nie trzeba tłumaczenia.

 
Bułgaria, naturalnie! © 2011 | Designed by Interline Cruises, in collaboration with Interline Discounts, Travel Tips and Movie Tickets