Handlu formy wszelakie

sobota, 9 marca 2013


Na początek, zanim przejdę do fotoreportażu, bo nie chce mi się pisać, chciałam oznajmić, że u nas wiosna.


To tak. W związku z siedemnastoma stopniami dnia dzisiejszego, wybrałam się ja na spacer gigantyczny z dziewczynami z pokoju obok, bo Siewier lekko zaniemógł. Pierwszy przystanek, Centralna avtogara Serdika, czyli autobusowy dworzec, z którym wiążą się wspomnienia sprzed dwóch lat, niby nie jakieś szczególne, ale zawsze się człowiek uśmiechnie.

No dobrze, dworzec jest po lewej stronie, ale tutaj kolejna z wielu grup protestujących, musiałam uwiecznić.


Sprzed dwóch lat, dziś nie zrobiłam.

Chciałam tylko wspomnieć, że wszyscy myślący o dworcach autobusowych w stylu naszych polskich, powinni zapomnieć o tym, co znają. Nie jest to szczyt nowoczesności, budynki nie są ze szkła i stali, ale! Nie ma żuli. Nie ma psów. Nie ma brudu. Toalety są czyste, jest w nich papier. No i knajp jest sporo, nie śmierdzą, nie są podejrzane, jeśli chodzi o dworce autobusowe, wygrywa Sofia.

Oto dzisiejsza ja, żenujące zdjęcie z piwem, wiem. Dredów nie ma, bo ciężko.

Dalej spacerując, zebrałam część materiału (jak to poważnie brzmi) na jakieś kolejne dwie notki, ale teraz konkretnie. Handel. O sklepach nie ma co mówić, jakie są, każdy widzi i jeśli chodzi o supermarkety, nie ma żadnej różnicy. Oprócz cen. Niby cyferki są takie same, ale 1 lev = 2 zł. Bułgaria jest okrutna dla swoich obywateli, to na pewno. Dla mojej kieszeni również. Noale. Jak się w Sofii sprzedaje? Różnorako. Na ulicy pełno stoisk, najczęściej okazjonalnych, co można zobaczyć w notce poprzedniej. Przed dniem kobiet pełno, teraz wróciła wiosna, więc kwiaty nadal kupić można.

Przy stacji metra Lvov most (Most Lwów, jak łatwo się domyślić), pan sprzedaje kwiaty

Pani pod Uniwersytetem sprzedaje chusteczki i słodycze, w oddali stragan z książkami, tych  w Sofii też jest pełno.

Na uwagę i na miłość największą, zasługuje też Ženski Pazar, którym po raz już kolejny denerwuję wszystkich przyjaciół w Polsce, bo proszę. Niedawno się skończył jeden z sezonów pomarańczowych, kiedy kupowałam kilogram za 1,40 zł. Dziś kilo mandarynek za 2 zł. Nie, nie są kwaśne, są super.

Rzadko coś mnie tu coś dziwi, ale stoisko ze "Skarą" (grillem) połączone ze sprzedażą okularów, jednak wprawiło mnie w zdumienie.

Wszystko należy do jednej pani.

Stoiska z bakaliami (Jadki) są tu powszechne. Orzechy, migdały,  suszone owoce, nasiona, Bułgarzy baaardzo to lubią, chociaż mnie wrodzone skąpstwo już od trzech tygodni nie pozwala kupić suszonej żurawiny.

Trzeba jednak przyznać, że wygląda  dość obskurnie, a dziury w ulicy przerażają nawet Polaków.


Banicowy zaułek, też wygląda odstraszająco, ale to chyba najlepsza banica w Sofii. Dwa lata temu były przyczyną mojej klęski (+10 kg, jeeej).
Pan karmiący gołębie.

Powiedzmy, że "lepsza" część, już pod dachem, ceny ociupinkę wyższe, ale też fantastyczne



I zewsząd dobiegają krzyki, wołania, że papierosy, że trzy sałaty edno levcze, że świece do cerkwi, klapki, ubrania, garnki, łańcuchy i siekiery, że cały świat tu jest, tylko zechciej kliencie podejść i się zainteresować.
Z kolei w ścisłym centrum, na placu Aleksandar Nevski mamy hmm... Coś. Nie nazwałabym tego pchlim targiem (chociaż tak wygląda) bo jest przeznaczony właściwie dla cudzoziemców. Wszyscy zagadują po angielsku, a jak odpowiadamy po bułgarsku, to są bardzo szczęśliwi i jeszcze bardziej chcą wcisnąć... No właśnie. Co? Na przykład zapalniczki z Wehrmachtu. Żelazne krzyże. Futrzane czapy z sierpem i młotem. Ordery z symbolami III Rzeszy i ZSRR. W cenach kosmicznych, chociaż któregoś razu pani opuściła nam cenę do 10 leva za dwie zapalniczki, jedna z symbolem SS, druga Wehrmachtu. Oczy wychodzą na wierzch.


Pies towarzyszący. Opuścił nas dopiero, kiedy wsiadłyśmy do autobusu.



A tuż obok ikony, koronki, dywany, obrazy czy matrioszki.

Te duże kosztowały 240 leva. Umieram po wielokroć.
Także tak. Co miałam napisać, napisałam, zdjęciami się pochwaliłam, a na koniec jeszcze rozbrajający balon, który przywitał mnie dziś rano z okna akademika. Od razu podeszłam do tego dnia pozytywnie.


2 comments:

  1. Chiyo pisze...:

    Ej, te stoiska z bakaliami to fajna sprawa! Dobra, osobiście za bakaliami nie przepadam, ale jak się w Bułgarii mieszka od urodzenia i od urodzenia przechodzi koło takich licznych stoisk, to siłą rzeczy większość narodu będzie to jeść (albo w domu, albo po drodze, jako przekąskę), więc można by się pokusić o stwierdzenie, że wpajane są ludziom nawyki zdrowego jedzenia. Nie wiem, może myślę pokrętnymi ścieżkami, a nie jestem do końca świeża (piątek przeżyłam na trzech godzinach snu, a i teraz nie odespałam tak, jakbym chciała, no i się nachodziłam cały dzień), więc mam tylko nadzieję, że łapiesz związek powyższego komentarza, chociażby odrobinkę. A jak nie łapiesz - to daj mi parę dni, jak wreszcie zacznę myśleć jasno, to pewnie wytłumaczę to lepiej. :P
    I weź, nadal maduję za tę pogodę, mimo że żadna z nas nie ma na nią wpływu. :P

  1. Szaman pisze...:

    Z jednej strony tak, ale z drugiej nie. Bo owszem, bakalie. Mięso grillowane, a to wiadomo, że tłuszcz się zaraz wytopi. Do mięsa mnóstwo warzyw, ziemniaki do wszystkiego to nasze, północne. Ale z drugiej strony mamy paskudne nawyki, które budzą we mnie nostalgię, chociaż już nie palę: papieros i czarna jak sam diabeł kawa. Ech, nigdzie nie jest do końca dobrze, nie ma co :D

Prześlij komentarz

 
Bułgaria, naturalnie! © 2011 | Designed by Interline Cruises, in collaboration with Interline Discounts, Travel Tips and Movie Tickets