Klątwa Płowdiwu

niedziela, 7 lipca 2013

Wracałyśmy z Tyrnowa trochę na około, bo stanęłyśmy w złym miejscu. Trasą normalną wychodzi 222 km, całkiem blisko, z Sofii stopa miałyśmy bardzo szybkiego, za wyjątkiem jednego przestoju przy rozjeździe na Ruse, tam czekałyśmy ponad 30 minut, było gorąco, bo zaczęła iść burza, ale w końcu się udało i jechałyśmy pierwszym (i jedynym!) bułgarskim TIR-em. 


No a z powrotem, jak już mówiłam, stanęłyśmy w złym miejscu na skrzyżowaniu, bo źle było oznakowane. Grunt, że na widok tabliczki SOFIA ludzie niektórzy na nas machają, więc ją chowamy, a potem zatrzymuje się facet fajowskim samochodem, jedzie do Płowdiwu i pyta nas, co my tu w ogóle robimy, przecież do Sofii w drugą stroną zupełnie. Pomyślałyśmy (na szybko, tu nie ma czasu na rozkminy :P), no i postanawiamy jechać z nim do tego Płowdiwu, powiedział, że autostradą będzie dużo lepiej dotrzeć do celu. Jeden z lepszych stopów, jazda jak z tatą-przewodnikiem, K. poczuła się na tyle bezpiecznie, że zasnęła, J. też, ja z nim od czasu do czasu rozmawiałam, opowiadał mi, co gdzie jest, bardzo dobrze znał Bułgarię, historię i zaskakiwał nawet wiadomościami bardzo regionalnymi. Jechałyśmy Przełęczą Szipka, fantastyczne miejsce, oprócz tego, że zakrętów mnóstwo, ciągle w górę i w górę, moja niskociśnieniowa głowa słabo znosi takie rzeczy, ale widoki godne wszelkich omdleń. Po drodze mijają nas Serbiska z Belgradu, bardzo mnie rozbawili, bo jak jakiś szaleniec bułgarski próbował wyprzedzać, to go nie wpuścili, a pan tata skomentował wszystkie szaleństwa rodaków: Po co nam wojny! Żeby zniszczyć Bułgarów wystarczy im dać samochody i puścić na drogę.
Ani się obejrzałyśmy, byłyśmy pod Płowdiwem, nieogarnięte wysiadłyśmy, pożegnałyśmy się, wyszłyśmy na górę, a tu się okazało, że do Płowdiwu były trzy kilometry. Wstyd i hańba, zostało to nazwane klątwą Płowdiwu i gdybym w końcu do tego miasta nie dotarła, chyba bym sobie nie darowała tych trzech kilometrów. Z autostrady błyskawicznie zabrał nas Syryjczyk jadący gdzieś na północ, rozmawiałam z nim łamanym bułgarskim, na szczęście jechał dość szybko, oddalałyśmy się od tamtego sromotnego miejsca bardzo prędko. 



Klątwa klątwą, sprawiła, że przeżyłyśmy w końcu najbardziej hollywoodzką historię życia, bo Ohryda. A zaczęło się całkiem niewinnie, jak już pisałam, ej, dlaczego nie pojechałyśmy do Macedonii? I na stwierdzenie, że chyba nie wystarczy czasu, żeby pojechać do Ochrydy, wystarczyło powiedzieć - dziewczyny, Płowdiw. I koniec dyskusji, trzeba jechać, co się skończyło jak się skończyło, ale to kiedy indziej.

A to za Płowdiw!

3 comments:

  1. euforia pisze...:

    Całkiem mądry człowiek z tego Bułgara. Zauważ, że w Polsce jest podobnie. Nie zniszczyły nas wojny, odbudowaliśmy w większości to co zostało zniszczone. Niszczymy za to siebie nawzajem, rząd i chciwość ludzka. Polak Polakowi wilkiem. Chyba rozumiem dlaczego tak chętnie opuszczasz Polskę i zaczynam rozumieć bardzo dobrze :)
    pozdrawiam

  1. euforia pisze...:

    a może to nie był Bułgar? Aj już nie wiem

  1. Szaman pisze...:

    Bułgar, Bułgar ;) Hmm wiesz, ale to wszędzie tak teraz jest, że to sam naród siebie niszczy, na Bałkanach do tego, co u nas dochodzi jeszcze wszechobecna korupcja, dlatego nie jestem pewna, czy decyzja na opuszczenie kraju jest taka dobra :P

Prześlij komentarz

 
Bułgaria, naturalnie! © 2011 | Designed by Interline Cruises, in collaboration with Interline Discounts, Travel Tips and Movie Tickets