11 rzeczy, które mogą zaskoczyć w Anglii, cz. 2

środa, 27 listopada 2013

Zaskakująco (a może i wcale nie?) post o protestach nie cieszył się popularnością, wracamy więc do tego, co znane i lubiane, czyli posty lekkie i sielankowe. Co może Polaka zaskoczyć w Anglii część druga, zapraszam!

6. Car boots
Dłuższy czas zastanawiałam się, co tak naprawdę moja kuzynka ma na myśli, mówiąc, że można zaoszczędzić naprawdę mnóstwo kasy, ubierając się w lumpeksach i na car bootach. No jasne, lumpeksy są super i wszyscy o tym wiemy, ale co miała na myśli wspominając o... no właśnie. Bagażnikach? Dowiedziałam się dość szybko, pojechałyśmy na maaaaały car boot koło Ely, ale wystarczyło, żeby zdobyć moje serce na zawsze. Za pierwszym razem kupiłam Hobbita i Grę o tron, oba po funcie i kupowanie książek zawsze królowało przy okazji kolejnych wypadów. A co można kupić na car bootach? Wszystko. Absolutnie, od książek, przez zastawę stołową, stoły, sprzęt elektroniczny, ubrania, buty, wszelkiego rodzaju kiczowate śmiecie (Anglicy naprawdę mają talent do ich gromadzenia) na dywanach na przykład kończąc. Przyjeżdżasz na car boot, płacisz jakieś 50p albo nawet i nie, nie wiem, ile się płaci, jeśli samemu chce się sprzedawać, i można szaleć w alejkach do woli. Zresztą, co ja będę gadać. Patrzcie.






Co wygrzebiesz - Twoje, bo to jedna z kolejnych megazalet car bootów. Są naprawdę bardzo tanie.

7. Angielski
No dobrze, w Anglii mówi się po angielsku, czo ten Szaman, przecież to jasne, wszyscy uczymy się/uczyliśmy się angielskiego w szkole, na kursach, oglądamy filmy, wiemy, że angielski, to angielski. I może ja tutaj popisuję się wiedzą godną ignoranta, ale jak po raz pierwszy usłyszałam jak do mnie mówią, to zaczęłam się zastanawiać, czy ja się naprawdę kiedykolwiek uczyłam tego języka? Różni ludzie mówią różnie, to jasne, w różnych miejscach mówią jeszcze różniej, to też jasne (Yorkshire na razie skradło mi serce), aaale. Po pierwsze - przyzwyczajeni jesteśmy do Ameryki. Amerykańskich piosenek, filmów, wywiadów z ludźmi mówiącymi z amerykańskim akcentem (jednym z amerykańskich, wszystko jedno) i to naprawdę ma znaczenie, bo jak się przechodzi do akcentów brytyjskich, gdzie mają zdecydowanie inną melodię języka, inaczej wypowiadają niektóre słowa, a jak są farmerami, to masz wrażenie, że wsadzają sobie ziemniaka do ust i potem mówią. Z reguły lepiej się rozumie obcokrajowców mówiących po angielsku niż Anglików, naprawdę. Potem człowiek się uczy, to jasne, jak ze wszystkim, ale na początku naprawdę można przeżyć lekki szok.

8. Uprzejmość
Dobrze, dobrze, wiemy, że Anglicy są uprzejmi, że mamy formy grzeczne i bardzo grzeczne, oficjalne i nieoficjalne i to w stopniu jednak bardziej zaawansowanym niż w Polsce. I może znów popisuję się ignorancją, a może po prostu jestem typowym Polaczkiem-po-raz-pierwszy-na-Wyspach, ale nie wiedziałam, że taka codzienna uprzejmość potrafi być tak ciepła. Owszem, spotkałam naprawdę wiele osób, które wykazały się naprawdę godnym podziwu chamstwem, ale nie o tym  teraz. Formy love, sweetie, honey/hun, sweetheart, dear są zupełnie na porządku dziennym i używają ich nie tylko kobiety! Któregoś razu w mieście zrobiłam miejsce dla młodego chłopaka jadącego na rowerze, który podziękował: Cheers, love. Kolega z którym byłam bardzo się zdziwił, ja wzruszyłam ramionami. Anglia w jednej z bardziej sympatycznych odsłon.
A właśnie! Cheers to nie tylko Na zdrowie! używane przy toaście. To też powszechny zamiennik (nie powiem, że synonim) Thank you!, najczęściej używane chyba w sklepach.

9. Drogi
Beznadziejne drogi tylko w Polsce/na wschodzie! Zachód cywilizowany taki, autostrady majo, wszędzie można dojechać a wiejskie drogi są jak u nas krajowe! To chyba nie byli w Anglii ci, którzy tak mówią. Szczerze powiedziawszy na wąskich angielskich drogach, które nie były autostradami (o tych nie będziemy mówić, bo są, dobrze?), czułam się zdecydowanie mniej bezpiecznie niż w ojczyźnie mej Polsce, czy drugim domu Bułgarii. Może są w lepszym stanie - w sensie nie tak dziurawe - ale też z tym świetnym stanem nie przesadzajmy, wąskie są okrutnie, aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęć, przy następnej wizycie się poprawię.
Jeśli zaś jesteśmy przy ruchu drogowym, Anglia naprawdę ma solidny brak miejsc parkingowych - jeśli wcześniej myślałam, że to tylko Bułgarzy czy Serbowie są w stanie zablokować całe ulice, to byłam w wielkim błędzie.
To Cromer i dość szeroka ulica, w Ely nie było już tak kolorowo

10. Fast foody
Po jakiejś imprezie pojechałyśmy całą babską gromadą na car bood (nota bene właśnie ten, który sfotografowałam), ja piłam sok, jeszcze lekko wczorajsza, koleżanka K. nie jadła, nie piła, bo niedobrze. Dojechałyśmy na miejsce, pochodziłyśmy, koleżance się poprawiło, głodna. No dobra, jest tam budka z fast foodami, chodź coś kupimy. Wybrała hot-doga, podeszłam, zamówiłam, pan pyta z cebulą czy bez. No bez. Więc wziął bułę, wsadził w nią kiełbaskę i podał, smacznego. Popatrzyłam na niego zdumiona, pytam: To wszystko? No taaak, nie chciałaś cebuli. Aaaaa sosy? A tam na stoliku, kochanie. No dobra, jak na stoliku, to na stoliku. Później się okazało, że to normalne - w Anglii do fast foodów nie dostajesz tony warzyw i sałaty/kapusty jak jesteśmy przyzwyczajeni. Bułka nie jest podgrzewana, absolutnie, masz mięso, sosy i cebulę jak chcesz. Wiadomo, jak zamówisz cheeseburgera, masz w tym też ser, jak zamówisz coś z jajkiem, to i jajko, rzecz jasna, ale warzywa? Nie ma co na nie liczyć, jak się nie chce smażonej cebuli (która jest nawiasem mówiąc całkiem spoko).

11. Shire
Podczas wizyty w Yorkshire, wybrałam się z internetową mą Mamą do Yorku (no jak to, być w Yorkshire a nie odwiedzić stolicy hrabstwa) i w jakimś sklepie z pierdółkami, słyszę mężczyznę rozmawiającego z żoną i mówi nazwę hrabstwa, ale jakoś inaczej. Jako że akcent z Yorkshire jest inny i wspaniały, spytałam Mamy, jak to jest, czy to tylko u nich tak się mówi. i wtedy zostałam uświadomiona (co robiłam potem i ja z innymi znajomymi), że sporo ludzi popełnia hmm... powiedzmy, że "tolkienowski błąd", bo Shire ze śródziemia to szajer, ale już angielskie "shire" to już szir. I tak mamy Jorkszir, Kembridższir czy Szropszir. Nie powiem, ale o tym usłyszałam po raz pierwszy w życiu, do tego czasu cały czas dumnie wymawiając, że mieszkam w Kembridższajer :P.

;)


To chyba tyle, a gdyby ktoś chciał przeczytać o Anglii coś jeszcze, zapraszam do przejrzenia 25 ciekawych faktów. A w sumie to pojawi się jeszcze jedna notka z tego cyklu, bo przyszły mi do głowy dwie kolejne rzeczy, a to oznacza, że mogę pomyśleć o czymś jeszcze, więc za jakiś czas można się spodziewać, że istnieje jeszcze kilka zaskakujących rzeczy. 

10 comments:

  1. Chiyo pisze...:

    Ha, Yorkshire rządzi! Ale za książki to przepłaciłaś, ktoś obok na pewno miał po 50, a może nawet i 25p/sztukę. (Odwieczny dylemat mojej Mamy... :P)
    A tym szajer vs szir to się aż tak nie przejmuj. Nie wiem, czy to wszyscy obcokrajowcy popełniają ten błąd, ale Polacy na pewno w większości - bo o tym to już się w szkole nie mówi, tylko wkuwa dziwaczne słówka, więc jak człowiek zobaczy, że jedno jest "shire" i drugie jest "shire", a potem doda zasadę, że "e" na końcu przeciąga samogłoskę (cap [kap] vs cape [kejp], bat vs bate [bejt] itd.), to co ma biedak wywnioskować? Że angielski jest dziki, może tyle. :P

  1. Szaman pisze...:

    Oooo, to naprawdę przepłaciłam, serce mi się kraje :P
    Ja się nie przejmuję jakoś specjalnie, Mamo, po prostu było to zaskoczenie, że ale jak to, przecież wszyscy znamy Władcę i było tam szajer więc english, please :P

  1. Chiyo pisze...:

    O-ho-ho, to Ty nie student, skoroś taka rozrzutna! 5zł za książkę zamiast 1.25-2zł, jak tak można. :P

  1. Hahah śmiesznie poczytać o takich spostrzeżeniach nowo przybywających. My jak wracamy z Anglii do Serbii to trzeba parę minut sobą potrząsnąć np przy wizycie w sklepie i takich innych, żeby przypomnieć sobie o tym, że Serbia to nie Anglia. Jest gorzej i trudniej. Anglie lubimy bo łatwo i przyjemnie się żyje. Nie lubimy jedzenia bo kiepskie.

  1. Szaman pisze...:

    No dzięki :P Ale to prawda, w Anglii łatwo i przyjemnie się żyje, jedzenie jest robione z palet, ale ta wygoda i dobrobyt paskudnie mnie rozleniwia. Wróciłam na Bałkany, teraz goszczę w Serbii do poniedziałku i zbiera mi się na ryk, jak myślę, że Belgrad zobaczę niewiadomokiedy.

  1. Zimno? Ten śnieg mnie wkurza bo albo jest dużo i idzemy na sanki albo wcale tylko sobie popatrzeć na trawniki i dachy mogę. Niech już nawali. Belgrad dzisiaj taki szary i bez sensu z taką pogoda. Ciekawe czy będzie manifa dzisiaj. Albo jakieś ogólnie zebranie partyzantów i byłych komunistów............

  1. meandyork pisze...:

    czyli zostawiłaś serce w Yorku?)shire?) ;) A ja zastanawiałam się kto mnie z Sofii podgląda ;) Pozdrawiam cieplutko z Yorku (choć tu dzisiaj zimno coś...)

  1. Szaman pisze...:

    A to ja z Sofii i przesyłam trochę ciepła, bo u mnie wiosna pełną gębą 15*, a od jakiegoś tygodnia temperatury za dnia nie spadają poniżej 10 :P
    Och, północne akcenty zdecydowanie kradną mi serce! A w Yorku też byłam - na chwilę co prawda, ale byłam, chociaż gdybym się nadziała na Twój blog wcześniej, pewnie bym i więcej zobaczyła :)

  1. meandyork pisze...:

    no i pewnie byś ze mną na kawkę lub herbatkę się zmówiła ;)

  1. Szaman pisze...:

    A to jeszcze do zrobienia jest, z tym że bliżej wakacji :)

Prześlij komentarz

 
Bułgaria, naturalnie! © 2011 | Designed by Interline Cruises, in collaboration with Interline Discounts, Travel Tips and Movie Tickets